Pierwszy dzień w moim kraju... Wyróżniony

Dzisiejszy post pisany jest w ramach wiosennego projektu Klubu Polek... i choć tytuł cyklu brzmi Pierwszy dzień w moim kraju, ja opowiem Wam o trzech szczególnych dniach i trzech szczególnych miejscach, które odmieniły i ukształtowały moje życie.

Luty 2010 rok. Mój pierwszy dzień w Hiszpanii, Sevilla.

Płakałyśmy we dwie, ja i ona. Ja dlatego, że tak naprawdę nie byłam gotowa na tę zmianę, na to wyrwanie z kontekstu dotychczasowego życia w Katowicach Ona? Nie wiem, może mi współczuła, a może miała inne powody.

Ona płakała strugami hiszpańskiego deszczu, ja płakałam polskimi łzami. Obie zdawałyśmy się bardzo nieszczęśliwe i niepogodzone ze sobą.

Pamiętam, że tamtego dnia Sevilla mieniła się przede mną wielkimi kroplami deszczu, tętniącą roślinnością, barwnym życiem barowym ( które wkrótce miałam pokochać) i głośnym akcentem niezrozumiałych słów, a ja sama po prostu szłam, wystukiwałam niewygodnymi obcasami żale i niewypowiedziane złości, mokłam w cienkim granatowym prochowcu i przeklinałam w duchu swoje nowe położenie (geograficzne). Myślę, że to właśnie dlatego nabawiłam się kontuzji stopy, która miła ciągnąć się przez kolejne dwa miesiące. Ta kontuzja mogła być materialną odpowiedzą na mój niematerialny stan ducha...

Dlaczego od pierwszego dnia byłam taka rozżalona?

Niedojrzałość, nieumiejętność brania odpowiedzialności za własne decyzje, tęsknota. Pewnie jedno i drogie i trzecie, ale było coś jeszcze. HOSTEL WIDMO ;) Oj tak... to jak Cię dane miejsce przywita może uwypuklić jego wady lub rozjaśnić zalety. Hostel Widmo z pewnością dolał oliwy do ognia moich wątpliwości.

Do Sevilli dostaliśmy się przed północą poprzedniego dnia i po prostu zapukaliśmy do pierwszego lepszego miejsca z literką H w szyldzie. I to był nasz błąd.

Sewilla, Hiszpania

Pokój nie remontowany od końca lat 60. ubiegłego stulecia nie tylko trącił myszką, trącił szczurem i przygnębieniem. Był mały obskurny, zaniedbany. Łazienka z brudnym prysznicem i bojlerem umieszczonym wysoko ( nie wiem czemu do dziś pamiętam właśnie ten bojler) znajdowała się na korytarzu. Nie muszę dodawać, że byliśmy znużeni podróżą i pokłóceni. My, czyli ja i narzeczony (obecny mąż) Mateusz. Właściwie było nam już wszystko jedno, oboje marzyliśmy o kilku godzinach snu. Bez słowa wślizgnęliśmy się, więc pod niebieską pościel pamiętającą, kto wiem może czasy Franco i odwracając się do siebie plecami próbowaliśmy zasnąć i pewnie zasnęlibyśmy szybko, gdyby nie hałas...

Czy to ktoś strzela?- ja pierwsza zadałam to pytanie, a Mateusz śmiertelnie poważnie kazał mi być cicho i nigdzie się nie ruszać. Czyli co myślisz, że ktoś tu strzela?- powtórzyłam pytanie, tym razem już z łomoczącym sercem. Nie wiem, ale dziwnie to brzmi. Ale co myślisz, że to Ci „Ruscy” z pokoju obok- dopytywałam napinając mięśnie całego ciała tak jak to się robi w chwili skumulowanego zastrzyku adrenaliny. Za drzwiami padł kolejny strzał. Nie wiem- powiedział M. Nie mam pojęcia, ale trochę tak to brzmi. Po tym oświadczeniu zamilkliśmy, słychać było już tylko nasze serca i regularne strzały gdzieś tam za ścianą.

Nie wytrzymam!- po kilku niekończących się minutach takiego sparaliżowanego leżenia w ciemnościach i nasłuchiwania oświadczyłam ja i to wcale nie szeptem, po czym stoczyłam się z łóżka i zaczęłam się czołgać w kierunku drzwi ;) Tak dokładnie tak było ;) Doczołgałam się do drzwi i używając całej swojej odwagi uchyliłam je o Matko Boska!, przed oczami ukazał mi się taki oto widok...

Kredens z bukietem sztucznych kwiatów i ani żywej duszy, ani śladu ruchu czy nawet cienia kapelusza. Tu nikogo nie ma- oznajmiłam Mateuszowi, a ten poderwał się, by zapalić światło.

Recepcjonista, człowiek niewielkiego wzrostu i charakterystycznej fizjonomii, mógłby bez zbędnej charakteryzacji zagrać w filmie grozy niechętnie wysłuchał naszej skargi, a potem wszedł na strych. To klapa strychu spłatała nam tego figla. Wyobraźnia tylko uwypukliła jej brzmienie. W kilka minut później już spaliśmy ( przytuleni do siebie i chyba szczęśliwi, bo szczęście ma przecież różne oblicza)

Kiedy zadzwonił budzik, a było to przed ósmą, wymeldowaliśmy się z naszego Hostelu Widmo ;), mój M. poszedł do pracy ( to był jego pierwszy dzień na tym projekcie), ja poszłam do Sevilli, by razem z nią zapłakać i...zaprzyjaźnić się, ale to wszystko miałam jeszcze przed sobą. 

Rok 2013. Październik. Katowice. Polska.

Katowice, Polska, Poland, miasto, industrialny, karuzela

Znacie to uczucie jakie czasem się pojawia po powrocie z długich wakacji. Wracasz do siebie, przekręcasz klucz, uchylasz drzwi, porzucasz walizkę w przedpokoju i nagle zauważasz, ze choć jesteś we własnym domu, znasz tutaj każdy zakamarek, wszystko stoi na swoim miejscu, a jednak panuje inny nastrój, to nie jest dokładnie to samo miejsce, coś jest nie tak. Po kilku chwilach wrażenie to rozpływa się, a Ty zapominasz wpadając w rutynę życia...Ja tak właśnie się czułam tamtego dnia po powrocie z Hiszpanii, ale było to dużo silniejsze zjawisko, jakbym odkrywała na nowo własny kraj. Jakbym wróciła nie tylko z Hiszpanii, ale od okulisty z nową parą okularów i mogła teraz bardziej świadomie, wyraźniej rozpoznać wszystkiego wady i zalety „domu” rodzinnego.

Wracałam do siebie, ale Polska już na zawsze miała być dla mnie nieco innym miejscem, niż to które zostawiłam. I mogłabym bardzo długo rozpisywać o tym co zauważyłam i co się zmieniło, ale zamiast tego od razu przejdę do konkluzji. Bo naprawdę wspaniale jest móc zobaczyć to co się kocha z dystansu, nawet jeśli w nowym ostrzejszym świetle odnajdziemy mankamenty, a szarość okaże się jeszcze bardziej pochmurna niż wcześniej. Naprawdę nie szkodzi. Teraz będziemy mogli kochać pełniej, bo w całości. Tak jak się kocha osobę z jej jedynym w swoim rodzaju charakterem. Dlatego tamten dzień uznaję jako pierwszy dzień w moim nowym starym kraju. Kraju, którego cały czas poznaje z różnych perspektyw i jestem za to bardzo wdzięczna.

2014 rok. Wrzesień. Nicea. Francja.

Francja, Prowansja

Dojeżdżamy koło osiemnastej. Słońce dosłownie rozlewa się po ulicach i uliczkach podkreślając urok kolorowych okiennic zdobiących prawie wszystkie budynki, panuje wakacyjna atmosfera luzu i beztroski. Wysiadamy z auta i taszczymy rzeczy na ostatnie piętro nicejskiej kamienicy (do tymczasowego mieszkania, spędzimy tu kolejne dwa tygodnie). Mieszkanie jest tak małe jak nasza kawalerka Krakowie, ma jakieś 19 m2, tyle że jest dużo niższe. Mateusz może stać wyprostowany pod prysznicem i przy aneksie kuchennym, tylko w tych dwóch miejscach ;) Pewnie bylibyśmy narzekali, gdyby nie to, że mamy słabość do małych powierzchni . Oboje jesteśmy zachwyceni tą mikroskopijną przestrzenią, doprawdy jest pięknie urządzona i optymistyczna. Drobne krople deszcze uderzają o okno dachowe nad naszym łóżkiem, w chwilę później zachodzi słońce. Myślę, że udziela nam się atmosfera nadmorskiego miasta. W nocy idziemy na spacer, obserwujemy światełka tańczące nad promenadą, wieje wiatr i zwiastuje zmiany.

Francja, kolorowe uliczki

Pierwszy dzień we Francji na zawsze zapamiętam jako uczucie błogości, które rozeszło się po moim ciele i zajęło miejsce poprzednich chmur i trosk. Nie mogę narzekać na to powitanie, a jednak do tej pory nie pokochałam Francji taką miłością jaką obdarzyłam Polskę i Hiszpanię. Jest to bardzo przewrotne i skomplikowane zjawisko, czuję się tak jakby to Francja pokochała mnie i nie chciałabym dodawać, że bez wzajemności...

Jednego odmówić nie mogę jej na pewno. Urody! To najpiękniejsza najbardziej zjawiskowa przystań jaką jest mi dane odkrywać.

Francja, Prowansja

A mimo to chciałabym móc kiedyś za nią zatęsknić i jeszcze raz przeżyć swój pierwszy dzień w nowym kraju...Czy tak się stanie? Nie mam pojęcia, na razie czerpię z tego co mam i staram się być wdzięczna, jakkolwiek podniośle to brzmi. DZIĘKUJĘ.

 Nice, Nicea, Francja

Na więcej opowieści z tego cyklu zapraszam do naszego Klubu

Miłego dnia,

Dominika

Ps. Jeśli mielibyście ochotę zajrzeć do mojej (wnętrzarskiej) walizki ;) to ...

KLIK

 

10 komentarzy

  • Projekt Dom

    Ja pamiętam swój pierwszy dzień w Cannes. 35 stopni w cieniu a ja stwierdziłam że jednak przejdę się te 15 min do hotelu z dwoma walizkami zapakowanymi na 6 miesięcy... nie było łatwo, ale jakoś dotarłam :) Zazdroszczę Ci tej Hiszpanii ;) Pozdrawiam

    Projekt Dom środa, 29, marzec 2017 16:00 Link do komentarza
  • Igomama

    Dominko, zachwycił mnie Twoja opowieść... Cudnie piszesz, gdziekolwiek jesteś:)

    Igomama środa, 29, marzec 2017 18:56 Link do komentarza
  • PastelowaKropka

    Igomama Dziękuję!, szczególnie, że słowo pisane i pióro mają dla mnie szczególne znaczenie.

    PastelowaKropka środa, 29, marzec 2017 21:10 Link do komentarza
  • BabaJoga

    Bardzo wzruszająca historia. Tyle "pierwszych dni!"
    To zdjęcie śniadania pod drzewem jest urocze...

    BabaJoga piątek, 31, marzec 2017 06:40 Link do komentarza
  • Paulina

    Piękna historia. Nikt nie zrozumie tych naszych emigranckich rozterek, nie zawsze obiektywnie sensownych i logicznych, jak druga emigrantka :)

    Co do Nicei, to w końcu kupiłam bilety i już wiem na 100%, że w lipcu w końcu spełnię swoje marzenie i zawitam na kilka dni na Lazurowym Wybrzeżu :) Zatrzymam się w Nicei, ale mam w planach odwiedzenie Monako, Antibes i Cannes. Jak będziesz miała ochotę na klubową kawę, daj znać :)

    Paulina sobota, 01, kwiecień 2017 05:23 Link do komentarza
  • PastelowaKropka

    Paulina z przyjemnością wypiję z Tobą klubową kawę, a nawet dwie ;)) Czekam na znak jak wylądujesz :)

    PastelowaKropka sobota, 01, kwiecień 2017 13:15 Link do komentarza
  • Anna K. inspiracjewmm

    Dominiko świetny post ! Bardzo fajnie się go czytało i miło mi, że mogłam Cię troszkę lepiej poznać.
    Miłego weekendu :))

    Anna K. inspiracjewmm sobota, 01, kwiecień 2017 15:16 Link do komentarza
  • Anna M-a

    Straszny ten hostel, nie wiem co bym zrobiła, gdyby do mnie takie dźwięki doszły. Dobrze,że to tylko klapa :)

    Anna M-a wtorek, 04, kwiecień 2017 02:49 Link do komentarza
  • Natalia Wrońska

    Przepiękne zdjęcia!

    Natalia Wrońska środa, 05, kwiecień 2017 13:12 Link do komentarza
  • Pani KoModa

    Zdjęcia Fenomenalne!
    I nawet zwykłe Katowice zyskały uroku :)
    Więc wszystko jest w oku obserwującego!

    Pani KoModa czwartek, 06, kwiecień 2017 08:35 Link do komentarza

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.

Współpraca

zBLOGowani.pl                      wkreceniwdom.com.pl